Ostatnia aktualizacja: 21.04.2017


Dziś mam nastrój więc napiszę o największym chyba (jak do tej pory dla mnie) problemie w uprawie kaktusów.
Są to WEŁNOWCE.

WEŁNOWCE

Dopadły mnie te szkodniki jakieś 3 lata temu. Oczywiście zawleczone z jakiegoś supermarketu prawdopodobnie (tak, zdarzało mi się w ten sposób droga zakupu pozyskiwać jakieś kaktusy), bo jak wiadomo jest to szkodnik egzotyczny i nie mógł sobie tak po prostu "przyfrunąć" z zewnątrz. Próbowałam oczywiście oprysków różnymi środkami chemicznymi, wśród nich na pewno Actelic i Mospilan. Zadziałały, owszem, ale zawsze niestety gdzieś w zakamarkach zostały jajeczka lub jakieś żywe paskudy, którym udało się uratować. Szczerze mówiąc załamałam się. Tym bardziej, że sprzedaję moje kaktusy i nie wyobrażam sobie wciskać klientom gratis prezentu w postaci wełnowca. I wtedy ktoś doradził mi pewną metodę, która okazała się skuteczna jak nic innego. Do tego całkowicie ekologiczna! Tym "ktosiem" był o ile dobrze pamiętam ktoś z PTMK, ale że nie mam 100% pewności, nie będę wymieniać nazwiska. W każdym razie jestem bardzo tej osobie wdzięczna, bo to uratowało moją kolekcję.

ZWALCZANIE WEŁNOWCA METODĄ GENIALNĄ


Podejrzane o zainfekowanie kaktusy wyciągamy z doniczki, otrząsamy z podłoża (podłoże wyrzucamy) i wrzucamy rośliny na 15 minut do bardzo gorącej wody - o temperaturze 53-55°C. W tej temperaturze wełnowce, ich larwy i jaja giną, natomiast kaktusy znoszą ją bez szwanku!
To naprawdę działa!!!

Sprawdziłam to na własnych kaktusach w okresie spoczynku, w grudniu dokładnie. Zagrzałam ogromny gar wody, nabyłam specjalny termometr (spożywczy, koszt chyba kilkanaście zł.) i partiami wrzucałam kaktusy. Zajęło mi to kilka popołudni, bo kolekcja moja mała nie jest. Dodam, że woda o takiej temperaturze jest tak gorąca, że moja dłoń wytrzymała w niej jakieś 2-3 sekundy (przydała mi się ta obserwacja, bo termometr stłukł mi się przy którymś tam pomiarze i dalej wodę grzałam na tzw. "czuja"). Na drugi dzień każdą roślinę, gdy już przeschła, zawijałam w gazetę, układałam do skrzyneczki i wszystkie powędrowały z powrotem do piwnicy. Podłoża nie wyrzucałam, bo mi było szkoda, tylko wyniosłam do ogrodu, rozłożyłam cienką warstwą i pozwoliłam, aby mróz zrobił co do niego należy - czyli wybił ewentualne wełnowce siedzące sobie w ziemi. Tak też się stało. Wiosną okazało się, że wszystkie kaktusy przeżyły, co więcej, nawet maciupeńkie sieweczki, samosiejki, które gdzieś tam się zawieruszyły i też wykąpały się w tej gorącej wodzie również przeżyły! A co równie ważne - ŻADEN WEŁNOWIEC NIE PRZEŻYŁ!!! Do dziś ani jeden wełnowiec nie ośmielił się zawitać w progi mojej szklarni. Nie obyło się jednak bez strat - pozbyłam się większości sukulentów, które nie były kaktusami, te po prostu nie przeżyłyby raczej takiej kąpieli. Zresztą... nie sprawdzałam. A może by przeżyły?

Projekt: Anna Banasiak
Wykonanie: Grzegorz Lewandowski